Wybrane fragmenty "Krainy Czarów"

Odważ się sprawdzić, kim są bohaterowie, kiedy gasną światła.

1/11/20269 min read

theater chairs
theater chairs

Prolog

Kuba

Lubiłem tego chłopca.

Po szkole często spędzał czas sam w domu, czekając, aż jego rodzice wrócą z pracy. Oglądał wtedy filmy i seriale z ulubionych płyt CD swojego taty. Wybierał je ze skórzanego albumu – każda z nich została starannie opisana. W ten sposób dowiedział się, kto grał główne role i reżyserował film. Podobało mu się, że ktoś był tak ważny, aby jego nazwisko znalazło się na płycie. Skrycie marzył więc, że i on kiedyś zostanie popularnym aktorem.

Rodzice pozwalali mu oglądać filmy, bo wtedy nie zauważał, że często mijało całe popołudnie, a nawet rozpoczynał się wieczór, zanim w końcu pojawili się w domu. Czasami chłopiec myślał, że przez to mieli wobec niego wyrzuty sumienia, a pełna wolność w wyborze tytułów to z ich strony rekompensata za samotność.

Tylko wtorki i czwartki były dla niego wyjątkowe, bo w te dni uczęszczał na zajęcia aktorskie do osiedlowego Domu Kultury. Rodzice wracali przed nim. Witali go ciepłą kolacją i serdecznymi uśmiechami. Zawsze mógł im opowiedzieć o tym, czego nowego się nauczył i co najbardziej go zainspirowało. Chłopiec miał irytującą słabość do aktorstwa, odkąd tylko dostał rolę aniołka w przedszkolnych jasełkach.

Któregoś razu podczas urodzin taty podsłuchał jego rozmowę z kolegami z pracy – właśnie na temat swojej pasji. W ten dzień wyjątkowo oboje rodzice wrócili wcześniej, żeby przygotować małą imprezę. Chłopiec za to nie odpuścił aktorskich zajęć w Domu Kultury i lekko się spóźnił. Goście zdążyli na dobre rozsiąść się w salonie.

– A nie boisz się, Franek, że te wygłupy na scenie to są takie, wiesz, niemęskie? – zapytał jeden z nich tubalnym głosem.

– Syn policjanta to powinien raczej trenować jakiś sport – dodał inny. – Ja mojego Roberta zapisałem na sztuki walki i piłkę nożną.

Chłopiec aż otworzył usta ze zdumienia. Do tej pory absolutnie nie przyszło mu do głowy, że aktorstwo mogłoby uchodzić za niemęskie albo za wygłupy na scenie. Niemęskie – co to w ogóle oznaczało? Chłopiec jeszcze nie czuł się mężczyzną, ale mocno wierzył w to, że kiedy już się nim stanie, będzie podobny do swojego taty. Dlatego wstrzymał oddech w oczekiwaniu na jego odpowiedź. Bo co, jeśli rzeczywiście było z nim coś nie tak i tylko niemęsko się wygłupiał? W dodatku nie przepadał za sportem, szczególnie za piłką nożną. A co do tych sztuk walki to jedynie tata zabierał go czasem ze sobą na siłownię i ćwiczyli razem boks.

– Panowie, hobby mojego Kuby nie określa jego męskości –powiedział ojciec zirytowanym tonem, którym miał w zwyczaju karcić chłopca przed snem, jeśli ten zapomniał wcześniej odrobić pracę domową na następny dzień.

Uznał więc, że tata skarcił swoich kolegów, jakby oni też zapomnieli o pracy domowej, co właściwie mogło być prawdą. W końcu nimi dowodził.

– Może sobie nawet robić na drutach, jeśli ma ochotę – ciągnął pewnym, nieznoszącym sprzeciwu głosem. – Najważniejsze jest to, że potrafi po sobie posprzątać i pilnuje obowiązków domowych, kiedy ja przesiaduję na posterunku, a Malwina w szpitalu. Jego hobby trzyma go z daleka od osiedlowych kłopotów i wpływu nieodpowiednich kolegów. Nie wszyscy chłopcy muszą się do siebie upodabniać. Moj Kuba na pewno nie.

Tak, on był inny. Miał swój świat o specyficznym, artystycznym mikroklimacie, każdą wolną chwilę poświęcał na przygotowanie ról do przedstawień w osiedlowym Domu Kultury albo na rozmyślanie o nich. Dzięki tacie ani razu nie odczuł, że czegoś mu brakowało, bo nie uprawiał sportu ani nie spędzał czasu z kolegami spoza kołka aktorskiego.

Tego wieczoru chłopiec podarował tacie album z ich rodzinnymi zdjęciami. On i tata – zmęczeni, ale zadowoleni ze swoich postępów na szlaku, tuż przed zdobyciem szczytu Śnieżki. On i tata na żaglowce, zajęci zwijaniem lin i ustawianiem masztu. On i tata grillujący ryby nad ogniskiem na brzegu. On i tata na siłowni, ubrani w ochraniacze i bokserskie rękawice. On i tata jeżdżący na rowerach po okolicy. Tata i mama na widowni przed sceną w osiedlowym Domu Kultury, gdzie chłopiec odgrywał rolę szlachetnego Kirkora w inscenizacji Balladyny. Tych zdjęć było więcej, ale już umknęły mojej pamięci. Bardzo tego żałuję. Jak wspomniałem – lubiłem tego chłopca. I lubiłem go w drużynie z jego tatą. Dzień po imprezie urodzinowej wszystko diametralnie się zmieniło, a mój ulubiony chłopiec na zawsze zniknął. Zastąpił go chłopak, którego się bałem.

Miał trzynaście lat i dziurę w sercu, bo tego wieczoru tylko jego mama wróciła bezpiecznie z pracy.

– Co za dzień – pożaliła się na progu, po czym ściągnęła kurtkę i zabłocone buty.

Na dworze padał ostry deszcz. Nadciągał najgorszy okres jesieni – rozpłakany listopad. Chłopak nie znosił tej pory roku, kataru i przemoczonych ubrań, bo zawsze zapominał zabierać parasol do szkoły. Leżał na kanapie, oglądając serial o zakochanych nastolatkach, i przytulał do piersi zmiętą poduszkę. Z jednej strony współczuł mamie, że codziennie doświadcza traum obcych ludzi, a z drugiej wiedział, że nie zamieniłaby swojej karetki na żadną łatwiejszą pracę. Uczyła go tym tego, że w życiu bardziej liczą się te trudniejsze rozwiązania, bo dają większą satysfakcję. Chłopak nie akceptował więc żadnej drogi na skróty.

Zadzwonił dzwonek do drzwi. Mama poszła otworzyć, dziwiąc się przy tym, że ktoś ich odwiedzał o tej porze. Tata miał swój klucz, ale mimo to chłopak liczył, że to jednak będzie on, i dlatego od razu wyjrzał zza oparcia kanapy. Zobaczył dwóch kolegów taty z wczorajszej imprezy. Zbyszka od niemęskich wygłupów na scenie i Waldka od syna sportowca. Tym razem nie byli jednak w jowialnych nastrojach. Wręcz przeciwnie. Coś w wyrazach ich twarzy od razu przepełniło chłopaka lękiem. Podniósł się z kanapy i stanął w korytarzu, żeby lepiej widzieć i słyszeć. Dostrzegł, jak plecy odwróconej do niego tyłem mamy zaczęły się trząść, jakby niekontrolowanie się rozpłakała.

– Baliśmy się, że twoja karetka do niego przyjedzie. To by była prawdziwa ironia losu – powiedział Zbyszek tym swoim okropnym, tubalnym głosem.

Chłopak nie mógł przez to nie usłyszeć ani jednej sylaby z jego wypowiedzi.

– Lekarze od razu na miejscu stwierdzili zgon. Oberwał tylko raz ostrzem scyzoryka, ale tak niefortunnie, że pękła mu tętnica ramienna – wtrącił Waldek.

Chłopak poczuł, jak całe jego ciało drętwieje. O kim oni mówili? Dlaczego mama tak osłabła, że obaj mężczyźni musieli ją złapać, żeby nie upadła na podłogę? Serce zaczęło boleśnie tłuc mu się w piersi, bo ono już wiedziało, choć jego zastany, powolnie rejestrujący wszystko umysł jeszcze wzbraniał się przed prawdą.

– Co się stało? – zapytał słabym głosem. Ten wypłynął z jego ust, ale chłopakowi się wydawało, że nie należał do niego, że to ktoś inny, nieznajomy przez niego przemawia.

Zbyszek położył mu ciężką dłoń na ramieniu. Chłopak resztką sił powstrzymał się przed tym, żeby nie strącić jej z obrzydzeniem. Oczy starszego policjanta były rozmyte przez niewylane łzy i szczerze przekazywały mu współczucie.

– Twój tata odszedł jako bohater, chłopcze. To wielka tragedia, ale oddał życie na służbie, dlatego zasługuje na twój szacunek – powiedział.

Chłopak nie mógł już tego znieść. Zaczął wrzeszczeć.

***

Potem nadeszły kolejne takie jesienie – zapłakane, rozwrzeszczane, popychające w depresję. Chłopak, którego się bałem, zaczął nienawidzić swojego taty. Dla niego obcy ludzie okazali się ważniejsi od rodziny. Podobno poniósł honorową śmierć, ale jego syn uważał go za największego tchórza. Nie widział więcej sensu w podążaniu wytyczoną przez niego ścieżką. Skończyło się pomaganie w domu. Skończyło się odrabianie lekcji, dlatego że nikt się na niego nie irytował, kiedy o nich zapomniał. Skończyło się nawet chodzenie do szkoły. A przynajmniej to regularne. Chociaż chłopak nie widział w tym sensu, to jego mama czasem jeszcze stawała z nim do walki o wartości. Przegrywała z kretesem.

Chłopak uparcie obstawał przy swoim. Chciał ukarać tatę, ale jego zemsta nie mogła go dosięgnąć. Karał więc samego siebie. Wreszcie skończyły się zajęcia teatralne. Chłopak stracił do nich serce. Brakowało mu siły, żeby swobodnie oddychać, a co dopiero grać. Nie miał w sobie ani grama kreatywności. Sprężynowy nóź mordercy upuścił ją z jego ciała razem z krwią z tętnicy taty.

Opiekunka koła teatralnego chłopaka powiedziała mu na zakończenie:

– Kuba, wpadasz w przepaść. Otrząśnij się. To nie jesteś ty. Jeszcze nie jest za późno.

– Będę robił, co chcę, bo mogę robić, co chcę. Nawet wpaść w przepaść. Poza tym aktorstwo to niemęskie wygłupy na scenie –odparł chłopak z krzywym, wilczym uśmiechem przyklejonym do twarzy.

Tak, wpadł w przepaść, w dodatku na własne życzenie. Na samym dnie było bowiem cicho i obojętnie. Ciemność była wszechogarniająca, ale znajoma, dawała mu złudne poczucie bezpieczeństwa. Cicho liczył, że tam nikt nie czyhał na niego ze sprężynowym nożem.

Zaczęło się przesiadywanie do późna w nocy na skateparku, palenie papierosów z kolegami, picie wódki, sięganie po narkotyki, wagarowanie, nadzór kuratora… I nagle chłopak, którego się bałem, przeistoczył się w rozgniewanego młodego mężczyznę. Pewnego dnia odkrył on, że gdy człowiek wyrzeka się siebie, nie chroni go już nawet dno przepaści. Dlatego i on musiał odejść i ustąpić mi miejsca.

Fragment Sceny 1 Kuba

Rozejrzałem się po równo ustawionych siedzeniach, obitych czerwonym materiałem, przywieszonym przy suficie oświetleniu i odsłoniętej, bordowej kotarze. Scena była szeroka, pozbawiona rekwizytów i odnosiłem wrażenie, że do mnie przemawia. Przez uchylone okna sączył się popołudniowy blask słońca i odgłosy rozmawiających ze sobą kandydatów, palących przed budynkiem.

Maszerowałem za doktor Dudek, czując, że z każdym kolejnym krokiem moja wrodzona nieśmiałość się ulatnia. Miałem dobre przeczucia, choć wolałem za bardzo im nie ufać, żeby nie zapeszyć. W końcu Marcelina wrociła na swoje miejsce za stołem komisji, a mnie wskazała dłonią scenę. Wdrapałem się na nią, pełen szczeniackiego entuzjazmu, rozgrzany adrenaliną pulsującą w żyłach.

„Aktorstwo wymaga poświęcenia, a pasja do niego ciężkiej pracy” – tak powiedział Niko w swoim vlogu, a jego oczy przepełniała szczerość. To jej teraz najbardziej potrzebowałem. Musiałem się odsłonić, ujawnić swój najsłabszy punkt, żeby zdobyć to, czego tak bardzo pragnę. Zrozumiałem, że tylko bezkompromisowo będąc sobą, mogę wykrzesać z siebie największy ogień i zająć nim scenę. Mogłem dorównać Niko. Wierzyłem w swoją determinację.

Kierowany tym przekonaniem, głęboko ukłoniłem się komisji.

– Dzień dobry, to prawdziwa przyjemność znowu się z państwem spotkać.

Marcelina uśmiechnęła się pod nosem i zerknęła na siedzącego obok niej pulchnego staruszka, dziekana Kotwickiego. Mimo wysokiej temperatury na zewnątrz uwiązał pod szyją muszkę i włożył marynarkę w kratę. Ostatnim razem wybrał dla mnie zadanie obrażania go przez piętnaście minut, żeby na końcu stwierdzić, że byłem zbyt uprzejmy i nie potrafiłem zagrać prawdziwej urazy. Nie wiedział, że hamowałem wtedy swój ogień w obawie przed zwęgleniem sceny. Na szczęście teraz zamierzałem puścić ją z dymem.

Fragment SCENY XXIII Nikodem

– Walczysz jak zawodowiec – stwierdziłem w końcu, nie kryjąc podziwu w głosie.

Kuba zrobił na mnie ogromne wrażenie unikami, prawie tanecznym krokiem, jakim balansował na nogach, i szybkością wyprowadzania ciosów. Nie znałem się na boksie, ale wydawało mi się, że właśnie tak powinien wyglądać trening profesjonalisty.

– Dziękuję – odparł swobodnie, podkładając pod głowę ręce zgięte w łokciach.

Obaj zmęczyliśmy się treningiem, dlatego po powrocie do akademika po prostu padliśmy na kanapę w aneksie. Nie chciało nam się nawet przebierać ze sportowych, zapasowych ubrań. Wzięliśmy prysznic na siłowni, więc na szczęście nie musiałem robić tego teraz. Dawno tak luzacko nie siedziałem w dresach i podkoszulku, z podkurczonymi nogami na kanapie. Pochłaniałem kolejną butelkę wody. Czułem na sobie spojrzenie Kuby. Pewnie czekał na mój werdykt, ale swoim zwyczajem nie naciskał.

Przez chwilę trwaliśmy w naszym znajomym, uspokajającym milczeniu. Zdałem sobie wtedy sprawę, że właśnie to najbardziej mi się w Kubie podobało. Potrafił wyczuć, kiedy potrzebowałem milczenia i wolności, i zdecydowanie mu to nie przeszkadzało. Dla niego cisza też była przyjemnością. Rozumiał ją tak samo dobrze jak prowadzenie wnikliwej rozmowy. Sprawiał tym, że bardziej chciałem być blisko niego, otwierać się przed nim i dzielić moją przestrzenią. Od najmłodszych lat nie cierpiałem przymusu i inwazji na moją strefę osobistą. Potrzebowałem czasem dystansu w relacjach, żeby poświęcić uwagę twórczości, rozwijać aktorską wyobraźnię. Nie każdy to rozumiał. Tymczasem Kuba w niewymuszony sposób potrafił milczeć razem ze mną.

– Na którą plażę chcesz jechać? – zapytałem, odzyskawszy głos.